2014-01-10

Warm seas and sandy beaches (en/pl) - Surat Thani, Thailand

Surat Thani, Thailand

We arrived at the main harbour of Koh Tao at 07:00 after all sleeping fitfully through the night, although someone apparently threw a cushion onto Lukasz's face during the night to stop him snoring. Apparently it worked as this was the only cushion he received. As soon as we disembarked, we were bombarded by taxi drivers asking us questions and offering us rides which we pushed through to collect ourselves and discuss the next step. We finally asked a driver to take us to the town centre, hoping for some Tourist Information or guide as to where we could find breakfast and possibly a hotel. At the centre, we hooked a right and headed for the beachfront hotels and cafes, hoping to discover a white sandy paradise. What we actually found were the leftovers of the night before. Empty beer cans strewn everywhere, plastic bottles, odd flip-flops and food cartons everywhere. First impression? HUGE disappointment and a total anti-climax. So far, no-one impressed.

We finally found a Dive School that had an open vista restaurant looking out over the sea. Breakfast was 100 BHT, so we collapsed at one of the tables and ordered a ham and cheese sandwich, some fruit and a coffee. First job was to find a hotel for tonight – preferably on the beach front and with a warm shower (you always pay extra for this here). After an hour of trailing through the guidebook and making numerous phone calls, we concluded that this being peak season, we were going to have a problem booking last minute for 6 people! We checked the hotel we were having breakfast in and it turned out to be 4000 BHT a night, advertising the hotel rooms as having 'coconut wood floors'. I'm not sure who makes a hotel booking, saying "oh, and has it got coconut wood floors by any chance?".

After more phone calls, we discovered a B&B type set-up at Ao Chaloke Bay that had 3 rooms available – one of which had a warm shower. Can't be fussy and this is supposed to be 'backpacking', so we hailed a pick-up truck, drove across the island and checked in before we lost the rooms to someone else. The restaurant sits on the beachfront and the sand is clean here with taxi boats motoring in and out of the bay. Fine for now. Over a Thai coffee (coffee with sweetened milk), we checked where else we wanted to visit and made some phone calls. A small cluster of 3 islands not far away beckons and we will stay in rather nicer accommodation for the nights of the 10th and 11th. Good reviews of the beaches, good snorkeling and not renowned for its teenage all-night parties. Sounds good to us old folks!!

After a shower to wash away the last few days' travel, we walked into town to a travel agent and booked the night train from Chumphon to Bangkok for the night of the 13th – travel time 11 hours. Accommodation for the islands secure and travel by train to Bangkok also sorted. And it’s only 11:00! Time for lunch. We found a Thai(ish) roadside restaurant and ordered some over-spicy food. I was chatting to the owner of the restaurant for a while, an Irish guy who had lived here for the past 15 years. He told me an interesting story about something called 'The Experience' which happens on one of the neighbouring islands for once a year, but lasts for 24 days. The solid trance music attracts hardcore party lovers from all over the world, but one of the people that benefit the most from this is a lady who sells chicken to the revellers outside one of the clubs. In 24 days, she makes enough money not to work for the rest of the year, but takes a month to get over the insanity of it all. One of the club owners earns over 150,000 pounds during this event, and likewise, spends the rest of the year travelling. Intense, but it seems there is a unique way to earn money out here if you don't mind dealing with groups of hardcore party goers!

The climate here is completely different to the north and is a sticky +30C, so the short climb to our bungalow and our t-shirts are wet! Luckily we only have a cold shower, so all is agreeable. After lunch, time to find a beach for our first swim. We by-passed the messy beach and found a small shaly beach with warm, clear water where we spent a pleasant couple of hours lazing around in the surf. Following this, M&L went off for a massage and the rest of us climbed up a steep, sandy path through the surrounding 'jungle' to a huge rocky outcrop overlooking two bays which provided views right across the island. Beautiful scenery at this height and the ideal location to appreciate the transparency and colour of the water.

The short climb down gave us a chance to admire the colourful fish in the shallows and the elusive crabs hiding in the rocks. An hour to refresh before walking down the street for supper (for me, Chilli Basil with Prawns, Veg Fried Rice followed by Banana Fritters) and a walk back to the hotel for an early night. The sleep on the boat was comfortable, but it was still midnight when we got to sleep and 06:30 when we approached the harbour - this holiday is supposed to include some rest! :-)

Budzę się ok. 7.00, zaskakująco wygodna noc i tylko machający lepkimi kończynami, z jednej strony Mike i z drugiej Małgosia, zakłócali mi sen. Nie tak mocno, jak Łukasz zakłócał jakiemuś niezidentyfikowanemu sąsiadowi swoim chrapaniem, bo w pewnym momencie przyjaciel nasz obudzony został rzuconą w niego z impetem poduszką…

Dobijamy do przystani w Mae Hat, największej na Koh Tao wiosce, i szybciutko – zanim zacznie się rozładunek towarowy grożący zasypaniem naszych plecaków – wychodzimy na świeże poranne powietrze. Jest wczesny ranek, a tu już toczy się z całą prędkością życie: sklepikarze i hotelarze czekający na dostawę dóbr z lądu stałego, rodziny Tajlandczyków oczekujące na przybycie swoich bliskich, młody Europejczyk witający z czułością swoją bardzo niewyspaną, ale bardzo zakochaną, dziewczynę, tłum taksówkarzy liczących na dobry kurs…

Udaje nam się wytargować dobrą cenę i po kilku minutach docieramy do Hat Sai Ree, według przewodników długiej, szerokiej, pełnej czystego białego piasku plaży (najdłuższej na wyspie). Przewodniki nie zawsze mówią prawdę: plaża jest faktycznie długa, nie jest natomiast szeroka, bo wchodzą na nią stojące w chaotycznym nieładzie domki wczasowe, restauracje i kluby; nie ma na niej ani skrawka czystego białego piasku, jest ona bowiem pełna śladów odbytej zeszłej nocy imprezy: tony butelek, plastikowych kubków i pojemników po jedzeniu, zgubionych sandałów bez pary, a że mówimy tu o ostrej imprezie bez trzymanki, to tu i tam leżą nieprzytomne ciała, wymiociny i zużyte kondomy (chwali się to młodzieży, że w pijanym zwidzie wakacyjnej imprezy pamiętała o prezerwatywach)! Oczekiwaliśmy raju, zastaliśmy rzeczywistość. Zmęczenie podróżą trwającą już przecież 24 godziny też nie pomaga i prawie ze łzami w oczach znajdujemy przyhotelową stołówkę podającą śniadania i postanawiamy najpierw coś zjeść i napić się życiodajnej kawy, a potem pomyśleć!

Po kawie w ruch idą mapa i przewodniki. Obdzwaniamy kilkanaście miejsc w naszym przedziale cenowym, aczkolwiek ogarnia nas coraz większa desperacja, bo sezon w pełni i okazuje się, że z noclegami w ładniejszych, spokojniejszych i bardziej odludnych częściach wyspy aż dla sześciu osób może być problem… Bogowie jednak mają nas w opiece i po ok. godzinie coraz bardziej nerwowych poszukiwań po drugiej stronie słyszymy „tak". Ładujemy się do kolejnej taksówki (na wyspie przybierają one postać Toyoty Hillux – kabina na 5 osób i do tego otwarta paka na zasadzie „jedzie ile wlezie i zawiśnie z każdej strony bez spadania”; pływają też taksówki wodne, ale zacumowani przy brzegu Tajlandczycy chyba widzą naszą desperację i z nadzieją łatwego zarobku na niezorientowanych turystach podają nam ceny ścinające z nóg, więc im dziękujemy) i po krótkiej podróży (cała wyspa w najszerszym miejscu ma może 4 km, a w najdłuższym 8 km, tyle że drogi są wątpliwej jakości, wspinają się i opadają bardzo gwałtownie i podnoszą nam adrenalinę intensywnością zakrętów) docieramy do JP Resort położonego w Chalok Baan Kao Bay.

Miła obsługa zaprasza nas na taras recepcji i hotelowej restauracji opierający się o piasek ładnej, ocienionej palmami plaży… Ogromna ulga, czekamy ok. godziny na sprzątnięcie pokoi po wymeldowujących się gościach i teraz już z przyjemnością rozkoszujemy się widokiem, kolejną kawą i świeżymi sokami… Równocześnie postanawiamy zaszaleć i podejmujemy decyzję, iż na 3 ostatnie noce wakacji zarezerwujemy noclegi w nieco droższym miejscu: od północnego-zachodu w odległości ok. 1 km od Koh Tao leży grupa 3 małych wysepek o nazwie Koh Nang Yuan, mających miano jednych z najpiękniejszych na świecie, znajduje się tam jeden ośrodek, który za zawrotną cenę 150zł za noc dla dwóch osób z gorącym prysznicem – nie żeby w tym klimacie był taki potrzebny – i śniadaniem, a także transportem w jedną i drugą stronę, przygarnie nas na zakończenie naszych wakacji!

Opada z nas stres, ja przebieram się w bikini i do wody. Jest czyściusieńka, ciepła i baaardzo słona. Widać sporo ryb, którym nie przeszkadza towarzystwo ani ludzi ani powoli budzących się do życia łodzi…

Dostajemy klucze, idziemy się odświeżyć i odpocząć. Domki położone są na zboczu wzgórza, trzeba wspiąć się po stromych schodach i za trudy wspinaczki otrzymujemy w nagrodę zapierający dech w piersiach widok (muszę sprawdzić, ile razy w czasie tych wakacji użyłam tego określenia…) na szczyty palm, kolorowe dachy, szmaragdową wodę i okoliczne wzgórza… Warto było targać się taksówką na lotnisko w Chiang Mai, samolotem na lotnisko w Krabi, minibusem do centrum, autokarem do Surat Thani, kolejną taksówką na przystań, rozpadającym się promem do Koh Tao, taksówką na Sai Ree Beach, następną taksówką na przeciwległą stronę wyspy i te kilkadziesiąt stopni w górę…

Odświeżeni, po krótkiej drzemce i aktualizacji wpisów na blogu idziemy coś zjeść do wioski. Zatrzymujemy się w Ying Yang, gdzie dostajemy smaczne, ale zdecydowanie pozbawione równowagi pomiędzy ilością jedzenia a przypraw. Moja sałatka z zielonej papai prawie pozbawia mnie życia, pomimo mojej prośby o „mało ostre”. Nie pomaga orzeźwiający koktajl owocowy, nie pomaga piwo, nie potrafię złapać oddechu, a usta mam wypalone jak Sahara w porze suchej. Wszyscy mają podobne odczucia i już tu raczej nie wrócimy, bo życie nam miłe.

Popołudnie spędzamy na spacerze wzdłuż plaży, przez kilka małych zatoczek, częściowo brodząc w wodzie, a częściowo korzystając z wąskiej betonowej kładki ustawionej na wysokich kolumnach otulającej południowe plaże. Docieramy do idyllicznej zatoczki o urokliwej nazwie Freedom Beach, pięknie ocienionej karłowatymi drzewami, z których na spalonych słońcem sznurkach zwisają wyrzucone przez morze kawałki rafy koralowej (Łukasza teoria brzmi: bonzai w wersji voodoo), gdzie spędzamy następne kilka godzin pławiąc się w przejrzystej ciepłej wodzie i wdychając w końcu świeże powietrze… Na płyciźnie widać masy ryb, lgnące do skał kraby – więc postanawiamy następnego dnia wypożyczyć maski i fajki do nurkowania.

Na zakończenie popołudnia wdrapujemy się (dosłownie, bo w pewnych momentach na czworaka) na punkt widokowy na John-Suwan Rock, skąd rozpościera się widok na całą wyspę. Po lewej mamy „naszą” plażę, po prawej jej prawie lustrzane odbicie po drugiej stronie wyspy. A jeszcze bardziej na wschód z wody strzela do góry Shark Rock, czyli piękna skała w kształcie grzbietowej płetwy rekina. Podziwiamy przed dłuższą chwilę, potem powrót do hotelu, zmywamy z siebie morską sól i wyruszamy na poszukiwanie kolacji.

Kolejna jadłodajnia przy drodze, za plecami po ścianach biegają nam jaszczurki, ale jedzenie obfite i tak smaczne (jeszcze musimy znaleźć tu niesmaczną kuchnię), że decydujemy się na deser w postaci zapiekanych bananów.

Mike i ja zwijamy się wcześniej do łóżka, bo zmęczenie całonocną podróżą i słońcem na plaży daje nam się we znaki…

Show more